czwartek, 13 lutego 2014

Kociara

Marian skradł jej serce pierwszy. Potem zjawili się i zamieszkali z nią kolejni trzej faceci- cóż, nigdy nie bała się przełamywać stereotypów. Ze znaną feministką i zapaloną kociarą rozmawia Anna Jastrzębska. Takiej Szczuki jeszcze nie znaliście!




 


Podobno kot panią bije?


 Owszem, Marian miał zwyczaj bijać od czasu do czasu. Teraz już nas wychował, więc nie musi bić. To mój pierwszy kot, ma już siedem lat. Wielki, biały Maine Coon. Miał rok, gdy się spotkaliśmy. Chodził sobie po ogródkach na Ochocie. Historia jest długa i zawiła, nawet znaleźli się jego właściciele, ale w końcu został u mnie. Marian jest kotem niesłyszącym, za to wybitnie mądrym. Brak słuchu nadrabia niewiarygodnie przenikliwą intuicją. Jest raczej poczciwy, jak większość Maine Coonów, ale zdecydowanie władczy. Zwłaszcza wobec innych kotów. 



 To chyba nie jedyny pani trudny współlokator?


 W ogóle nigdy nie myślałam, że będę miała koty, a teraz mam już cztery! Wszystkie przyszły same, pojawiły się wskutek różnych okoliczności. Nigdy nie kupiłabym kota z hodowli. Fiki-Miki pojawił się wkrótce po Marianie. Jest niby sfinksem, ale nie całkiem pozbawionym sierści. Coś go porasta tu i tam, nieregularnie i nieoczekiwanie. Był chory na katar koci, w dodatku właściciele odkryli po jednym dniu, że wbrew obietnicom taki stwór jak Fiki jest bardzo, ale to bardzo alergizujący. Niestety pozwoliłam mu się roztyć. Przy braku porządnego futra koci brzuszek jest wyraźnie widoczny, wręcz rzuca się w oczy, więc wiele osób twierdzi, że Fiki-Miki jest brzydki. To nieprawda. Jest wyjątkowo piękny. Wyjątkowo, podkreślam, bo to piękno niekonwencjonalne, można rzec gotyckie, mroczne i niepokojące. Charakter Fikiego-Mikiego to przede wszystkim uczuciowość. Jest nieco nadwrażliwy i bardzo, bardzo kochający.



 Na ulicy, na której mieszkam, mądre i odpowiedzialne panie karmią koty dwa razy dziennie, świątek-piątek czy niedziela. Leczą je, sterylizują, stawiają budki. My też staramy się pomagać, ale to one są w pełni odpowiedzialne za całą ulicę, w porywach za czterdzieści kotów.



 Rok temu panie kociarki wręczyły mi słodkie, czarne maleństwo, miało może trzy tygodnie, siedziało w krzakach zupełnie samo. Jedno oko było wyraźnie zamglone, ale doktor Garncarz, słynny warszawski koci okulista, szybko je wyleczył. Wzrok został w 80 procentach uratowany. Maleństwo wyrosło na czarnego kocurka. Początkowo miał na grzbiecie delikatne, białe paski, więc nazwaliśmy go Warchlak, bo młode warchlaczki są właśnie takie pasiaste. Okazał się strasznie dziki, myślałam nawet, że jest nienormalny, że mu się coś z łebkiem porobiło od tego siedzenia w krzakach. Rzucał się, gryzł, drapał, latał po ścianach, firankach i tak dalej. Ale szybko się ustatkował. Nie minął rok, a jest całkiem normalny. Bardzo miły. Przychodzi rano do łóżka na całuski i obłapkę. Czarne koty podwórzowe mają na ogół bardzo długi tułów, jak przegubowy autobus, cienkie łapy, nieco krzywe i wydłużone pyszczydło. Tak właśnie wygląda Warchlak, jest niesłychanie zabawny. Skoczny, zrywny, szybki, lekko postrzelony, ale w ramach ogólnej stabilności umysłowej.



 No i czwarty kot. Nabytek z tegorocznej mroźnej zimy. Nazwaliśmy go Królik. Po pierwsze - jest przepięknie umaszczony, w rzadkiej, popielatej tonacji, króliczej nieco. Po drugie - też jest wzięty z podwórka, więc na razie stale chowa się i ucieka, często bywa pędzącym królikiem. A jednak to zdecydowany kanapowiec, za żadne skarby nie chciałby wrócić na dwór. Od pierwszego dnia rozwala się na poduszkach i pozwala podziwiać. Ale nie głaskać - czmycha od ręki ludzkiej.



 Dorota Sumińska twierdzi, że może mu to pozostać. Ale ja sądzę, że Królik się uspołeczni. Już zaczął, od delikatnego obgryzania stóp osób śpiących. No i pięknie się bawi z Warchlakiem. 




 Kociara i feministka, chyba gorzej być nie może…


 Może i są gorsze rzeczy, ale rzeczywiście jakoś to się łączy z obrazem wariatki.







12 komentarzy:

  1. Piękna historia sercem pisana. Lubie bardzo p. Szczukę.podziwiam czasem jej odwagę,chociaż feministek genneralnie nie popieram.Ale ona jest po prostu dobrym i mądrym czlowiekiem.A że trochę zwariowana?Odrobina szaleństwa nikomu nie zaszkodzi,wręcz przeciwnie.Dzięki za ten wywiad!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też Ją lubię :) Wywiad bardzo fajny - nie wiedziałam że jest kociarą - fajnie :)

      Usuń
  2. No to mnie Kazia zaskoczyla i to niezwykle pozytywnie. Zawsze ja lubilam, a teraz bede uwielbiac. :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się zdziwiłam że lubi i ma w domu koty - super. :)

      Usuń
  3. A to nowość dla mnie; kociara- feministka, feministka- kociara. A zdawałoby się, że tych dwóch nic z sobą nie łączy; a jednak; feministka- kociara ;) Pozdrawiam, bynajmniej nie feministycznie ;) ;) ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. ...tylko szkoda,że nie pokazała wszystkich swoich kotów:(

    OdpowiedzUsuń
  5. Kocham takie wariatki:)) aha i polecam ostatnia powiesc Bator, w ktorej Kociary odgrywaja niebagatelna role;))

    OdpowiedzUsuń
  6. chyba jestem jedyną ignorantką, która nie ma pojęcia kim Pani jest...
    ale to i tak nie ma dla mnie znaczenia ;-)))
    Pięknie opowiedziana historia i... jest wiele prawdy w tym, że to koty nas znajdują... Tak było bynajmniej ze mną i z Venus

    OdpowiedzUsuń
  7. Widzę że do pani Kazi koty przychodzą jak do siebie,cóż jak się już oficjalnie przyznało, że pałamy miłością do tych cudownych stworzeń,to tak jest,walą drzwiami i oknami,wiem coś o tym:)))
    Ciekawy wywiad,ale Kazimiera Szczuka znana jest z gawędziarstwa,a teraz też z dobroci serca.

    OdpowiedzUsuń
  8. Piękny portret kociary :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Fajna wariatka jesteś :)
    Pikęny artykuł, z sercem opowiedziane.

    OdpowiedzUsuń