środa, 29 lutego 2012
Babskie Sprawy
Masz poczucie humoru i jesteś kobietą? Uważaj!
Kiedy dziewczyny zaczynają się wygłupiać, mężczyźni czują się zagrożeni. Gdy mężczyzna mówi: "Uwielbiam kobiety z poczuciem humoru", tak naprawdę ma na myśli: "Uwielbiam kobiety, które kochają moje poczucie humoru".
Poczucie humoru to fajna sprawa, przynajmniej tak mi się dotąd wydawało. Przez całe życie opowiadałam żarty, robiłam kawały, wykonywałam głupie tańce i nosiłam śmieszne nakrycia głowy, bo myślałam, że ludzie – a dokładniej chłopcy – lubią zabawne dziewczyny. W końcu przecież kochają Barbarę Streisand, prawda?
Bardzo długo sądziłam, że to, co maluje się na twarzy faceta, gdy rzucam żart, to szacunek, może zaskoczenie, ewentualnie powściągliwa pochwała. Niedawno jednak dokonałam bardzo niepokojącego odkrycia. Otóż, to nie jest żadna z tych rzeczy.
Olśnienia tego doznałam podczas randki kilka tygodni temu. Szło całkiem nieźle, co prawda on wyglądał trochę jak Danny DeVito, ale najwyraźniej pociągają mnie niscy ciemnowłosi faceci, więc wszystko układało się w miarę OK. I wtedy, mniej więcej w połowie trzeciego drinka, zażartowałam, jak to Hugh Grant ciągle mruga (wierzcie mi na słowo, kontekst był odpowiedni). Gdy zapadła niezręczna cisza, przypomniała mi się podobna sytuacja z przeszłości.
Miałam wtedy pięć lat, rozmawiałam z kumplem mojego brata, Willem. Był dwa lata starszy ode mnie i dziś, z perspektywy czasu wydaje mi się, że był moją pierwsza miłością. Też był mały. Ale miał siedem lat. Graliśmy w węże i drabiny, a ja rzuciłam żarcik nawiązujący do jego nazwiska, które brzmiało, wyobraźcie sobie, Adder (żmija). Przyznaję, nie był to może żart najwyższych lotów, ale moim zdaniem całkiem inteligentny, zwłaszcza jak na ten wiek. Dobra robota, Mała Lucy.
To zdziwienie, obojętność, jakie pojawiły się na twarzy małego Willa Addera, odbiły się niemal jak w lustrze 23 lata później na twarzy mojego Danny’ego DeVito. Zdecydowanie nie był to szacunek. Raczej znudzenie i zmieszanie. Rozmowa o tym, który z bohaterów filmu "Notting Hill" jest najbardziej denerwujący, zamieniła się w niezręczną ciszę. Więcej się nie odezwał. Po konsultacjach z kilkoma przyjaciółmi doszłam wreszcie do prawdy. Okazało się, że wcale nie poszło o to, że facet był w skrytości fanem Hugh Granta. Po prostu przestraszył się mojego poczucia humoru
Bardzo długo sądziłam, że to, co maluje się na twarzy faceta, gdy rzucam żart, to szacunek, może zaskoczenie, ewentualnie powściągliwa pochwała. Niedawno jednak dokonałam bardzo niepokojącego odkrycia. Otóż, to nie jest żadna z tych rzeczy.
Olśnienia tego doznałam podczas
Miałam wtedy pięć lat, rozmawiałam z kumplem mojego brata, Willem. Był dwa lata starszy ode mnie i dziś, z perspektywy czasu wydaje mi się, że był moją pierwsza miłością. Też był mały. Ale miał siedem lat. Graliśmy w węże i
To zdziwienie, obojętność, jakie pojawiły się na twarzy małego
Kung-fu miś podbija serca ludzi - Wideo w Onet Wiadomości#play#play#play
Kung-fu miś podbija serca ludzi - Wideo w Onet Wiadomości#play#play#play
Serca tysięcy odwiedzających zoo turystów, a teraz także milionów internautów podbija niezwykły zwierzak. W Krasnojarsku mieszka Kung-fu miś. Zdolności tego himalajskiego niedźwiedzia w dziedzinie sztuk walki są urocze i niesamowite
wtorek, 28 lutego 2012
poniedziałek, 27 lutego 2012
Szkło Kontaktowe
Cebula bardzo lubi oglądać Szkło Kontaktowe
Dzisiaj jest trochę rozkojarzony
**********************************************
niedziela, 26 lutego 2012
sobota, 25 lutego 2012
Wolność dzięki stanikom
Wolność dzięki stanikom, rekordowo długi poród i "latający" chłopiec. Zobacz najciekawsze wideo! - Onet Wiadomości
Odzyskują wolność dzięki używanym stanikom - Używane ubrania to biznes na wielką skalę, a biustonosze sprzedawane są po najwyższych cenach. Fakt, że można na tym zarobić trzykrotność przeciętnej pensji a Mozamibku sprawia, że jest to idealny sposób, by pomóc dziewczynom sprzedanym jako dzieci z powodu biedy do domów publicznych, i zapewnić im materialną wolność
Odzyskują wolność dzięki używanym stanikom - Używane ubrania to biznes na wielką skalę, a biustonosze sprzedawane są po najwyższych cenach. Fakt, że można na tym zarobić trzykrotność przeciętnej pensji a Mozamibku sprawia, że jest to idealny sposób, by pomóc dziewczynom sprzedanym jako dzieci z powodu biedy do domów publicznych, i zapewnić im materialną wolność
Ludwik Dorn - zasnął
*********************************
Szkło Kontaktowe - TVN24
*********************************
Ludwik Dorn - zawiesił się
Szkło Kontaktowe - TVN24
*********************************
Ludwik Dorn - zawiesił się
Otyli hamburgera mają tu gratis
Otyli hamburgera mają tu gratis
Restauracja Heart Attack Grill jest jedną z wielu nietypowych atrakcji Las Vegas. Jej motto brzmi "Smak, za który warto umrzeć". I nie jest to rzucanie słów na wiatr. Restauracja serwuje pyszne hamburgery w prawdziwie ogromnym rozmiarze. Dodatkowo każda ważący powyżej 160 kg klien może zjeść posiłek zupełnie za darmo. Po takich informacjach nie dziwi fakt, że w restauracji doszło już do jednego zawału
Restauracja Heart Attack Grill jest jedną z wielu nietypowych atrakcji Las Vegas. Jej motto brzmi "Smak, za który warto umrzeć". I nie jest to rzucanie słów na wiatr. Restauracja serwuje pyszne hamburgery w prawdziwie ogromnym rozmiarze. Dodatkowo każda ważący powyżej 160 kg klien może zjeść posiłek zupełnie za darmo. Po takich informacjach nie dziwi fakt, że w restauracji doszło już do jednego zawału
piątek, 24 lutego 2012
Taksówkarze w żałobie po Rysiu z "Klanu"
Jadę w środę po południu taksówką, a kierowca wzdycha i patrzy na mnie ponuro. Co się dzieje? - To pani nie wie? Rysio umiera, umrze chyba już dziś! A Rysio z "Klanu" był przecież taksówkarzem.
Uśmiercenie tego najbardziej popularnego serialowego bohatera, dobrodusznego safanduły z gołębiem sercem, w końcu się dokonało. Podobno realizatorzy serialu "Klan" kilka razy mieli już chęć wysłać Rysia na tamten świat. Rysio miał wylew, zawał, tracił pracę - a jednak trwał, dając pożywkę bezdusznym szydercom, którzy wirtualnie i w realu kpili z niego na potęgę. Aż Rysio zmarł. Śmiercią tyleż tragiczną, co bohaterską. Leżąc w szpitalu jako pacjent po zawale natknął się na rabusia i z właściwą sobie szlachetnością rzucił się na złoczyńcę z okrzykiem: "Złodziej". Jednak upadł tak nieszczęśliwie, że uderzył się w głowę i ranił ostatecznie i nieodwracalnie. Umieranie Rysia trwało jakiś czas i z zapartym tchem było śledzone przez fanów i prześmiewców serialu.
W środę po południu (Rysio jeszcze żył), opowiadał mi płocki taksówkarz, że pośród kolegów rozsyłane są sms-y z pytaniem o to, kto pojedzie do Warszawy. Na pytanie, po co - padała odpowiedź: - Na pogrzeb Rysia z Klanu!
- Były też sms-y, żeby z powodu żałoby po Rysiu przypiąć do anten czarne wstążeczki - dodał kierowca, wzdychając i śmiejąc się na przemian.
- Były też sms-y, żeby z powodu żałoby po Rysiu przypiąć do anten czarne wstążeczki - dodał kierowca, wzdychając i śmiejąc się na przemian.
"Latające dziecko" podbiło serca internautów - Onet Wiadomości
"Latające dziecko" podbiło serca internautów - Onet Wiadomości
****************************************************************************
"Latające dziecko" podbiło serca internautów - Zdjęcia latającego dziecka lotem błyskawicy obiegły internet i wywołały prawdziwą falę zachwytu. Widać na nich jak malutki Henry lewituje w różnych miejscach. Matka chłopca ujawniła jak i dlaczego powstały te tajemnicze zdjęcia uroczego malca
****************************************************************************
"Latające dziecko" podbiło serca internautów - Zdjęcia latającego dziecka lotem błyskawicy obiegły internet i wywołały prawdziwą falę zachwytu. Widać na nich jak malutki Henry lewituje w różnych miejscach. Matka chłopca ujawniła jak i dlaczego powstały te tajemnicze zdjęcia uroczego malca
czwartek, 23 lutego 2012
środa, 22 lutego 2012
wtorek, 21 lutego 2012
poniedziałek, 20 lutego 2012
Bardzo Ważne !!!!! Stop Przemocy
"Bije, nie bije", "Kocha,
nie kocha". SLD: Bije
"STOP PRZEMOCY" WOBEC KOBIET POD SZYLDEM SOJUSZU

Fot. materiały promocyjneSLD zainauguruje kampanię przeciwko przemocy wobec kobiet
"Bije, nie bije, bije" - wylicza pewna kobieta. W ręku trzyma kwiatek, któremu wyrywa płatki - jeden za drugim. Kończy odliczanie: bije. Tak SLD rozpoczyna kampanię "Stop przemocy" wobec kobiet i rozpoczyna dyskusję o problemie. Zapowiedzi są szumne: na rozmowach się nie skończy. Jako pierwsi poznaliśmy szczegóły kampanii.
Ruszy 4 marca, podczas Sejmiku Kobiet Lewicy. Odbędzie się on w warszawskiej Sali Kongresowej. Zaproszono ok. 4 tys. kobiet. - To ma być początek szerszej akcji. Nie chcemy na tym poprzestać - mówi w rozmowie z tvn24.pl rzecznik Sojuszu Dariusz Joński.Zyskać elektorat
Okaleczył kobietę. Nie chciała się z nim spotykać
Sprzedawała młode kobiety Niemcom
Zaraz jednak dodaje: - To ma też związek z reformą emerytalną i zapowiedzianym przez premiera podniesieniem wieku przejścia na emeryturę. Chcemy dotrzeć do kobiet. Zgłosiły się do nas członkinie Kongresu Kobiet, którym nie podobają się aż tak duże zmiany w emeryturach i przyłączyły się do naszej akcji - podkreśla rzecznik.
Centrum pomocy
SLD zamierza uruchomić stronę internetową poświęconą problematyce przemocy. Kobiety będą mogły uzyskać tam porady i zgłaszać przypadki łamania prawa. Będzie specjalny spot.
Mamy w naszej partii bardzo dobre specjalistki, które mogą pomóc: Katarzynę Piekarską i Joannę Senyszyn. Chcemy, żeby one były liderkami tego projektu. Kimś, kto zacznie całą akcję
Dariusz Joński, rzecznik SLD
- Mamy w naszej partii bardzo dobre specjalistki, które mogą pomóc: Katarzynę Piekarską i Joannę Senyszyn. Chcemy, żeby były liderkami tego projektu. Kimś, kto zacznie całą akcję - przekonuje Joński.
Wsparcie Zielonych
Czy to oznacza, że akcja ograniczy się jedynie do działaczek partyjnych. - Nie. Dla kobiet przewidziana jest też pomoc specjalistów, na przykład psychologów - stwierdza.
Jak się dowiedzieliśmy, do akcji przyłączyły się też kobiety z Partii Zielonych.
niedziela, 19 lutego 2012
„Mój tydzień z Marilyn” - Polecam
Marilyn Monroe widziana oczyma Colina Clarka, pisarza i filmowca, który legendę światowego kina i ikonę seksu połowy XX wieku poznał na planie filmowym.
„Mój tydzień z Marilyn” Simona Curtisa powstał na podstawie książki Colina Clarka o tym samym tytule. Clark (Eddie Redmayne) pochodził z zamożnej angielskiej rodziny. Wbrew oczekiwaniom ojca, historyka sztuki, nie poszedł w jego ślady. W 1957 roku dostał pracę przy produkcji filmu sir Laurence’a Oliviera (nominowany do Oscara za rolę drugoplanową Kenneth Branagh) p.t. „Książę i aktoreczka”. Został trzecim asystentem reżysera, innymi słowy chłopcem na posyłki. Jedną z głównych ról w tej lekkiej komedii zagrał sam reżyser Laurence Olivier, który wcielił się w księcia ze Wschodu próbującego uwieść amerykańską aktorkę Elsie. W tej roli Marilyn Monroe (nominowana do Oscara Michelle Williams).
Na plan zdjęciowy do Londynu Marilyn Monroe przyjechała w aurze wielkiej ekscytacji. Ekipa filmowa szybko przekonała się jednak, że wschodząca gwiazda Hollywood wcale nie jest taka doskonała. Pierwszy zgrzyt pojawił się już w trakcie próby tekstowej, na którą Marilyn przyszła z nauczycielką, uczącą ją metody Stanisławskiego polegającej na pełnym zaangażowaniu w rolę. Szybko okazało się, że Monroe nie potrafi zapamiętać krótkiej kwestii. Spóźnia się też notorycznie na plan. Ewidentnie nie radzi sobie z presją. Oczywiście wszyscy są zachwyceni jej urodą. Nikt nie przypuszczał jednak, że będzie miała takie problemy z grą. Na ratunek przybywa jednak Colin Clark, dzięki któremu gwiazda nabiera pewności siebie. Clark spędza z nią pełny flirtów i zalotów tydzień i jak każdy mężczyzna, zakochuje się w niej na zabój.
Można się zastanawiać ile jest w tym wszystkim prawdy. Ważniejsze wydaje się jednak to, że Monroe w filmie Curtisa nie została przedstawiona jako niedostępna bogini. To Marilyn o ludzkiej twarzy. Mająca swoje wady i lęki szalenie utalentowana dziewczyna. Na jej niepewność siebie z pewnością wpływ miało trudne dzieciństwo, wychowała się bowiem w rodzinach zastępczych i sierocińcu. Jest niewykształcona, nie ma warsztatu aktorskiego, ale za to posiada rzadko spotykany instynkt. Owszem, jest śliczna i nieco infantylna, ale jednocześnie bystra i ma poczucie humoru. To zwykła śmiertelniczka, na którą sława spadła jak grom z jasnego nieba. Bardzo skomplikowana postać, której złożoność znakomicie oddała na ekranie Michelle Williams – aktorka być może równie utalentowana, co grana przez nią postać.
„Mój tydzień z Marilyn”, reż. Simon Curtis, wyst. Michelle Williams, Kenneth Branagh, Eddie Redmayne, Emma Watson, Judi Dench, Dominic Cooper, Julia Ormond
Na plan zdjęciowy do Londynu Marilyn Monroe przyjechała w aurze wielkiej ekscytacji. Ekipa filmowa szybko przekonała się jednak, że wschodząca gwiazda Hollywood wcale nie jest taka doskonała. Pierwszy zgrzyt pojawił się już w trakcie próby tekstowej, na którą Marilyn przyszła z nauczycielką, uczącą ją metody Stanisławskiego polegającej na pełnym zaangażowaniu w rolę. Szybko okazało się, że Monroe nie potrafi zapamiętać krótkiej kwestii. Spóźnia się też notorycznie na plan. Ewidentnie nie radzi sobie z presją. Oczywiście wszyscy są zachwyceni jej urodą. Nikt nie przypuszczał jednak, że będzie miała takie problemy z grą. Na ratunek przybywa jednak Colin Clark, dzięki któremu gwiazda nabiera pewności siebie. Clark spędza z nią pełny flirtów i zalotów tydzień i jak każdy mężczyzna, zakochuje się w niej na zabój.
Można się zastanawiać ile jest w tym wszystkim prawdy. Ważniejsze wydaje się jednak to, że Monroe w filmie Curtisa nie została przedstawiona jako niedostępna bogini. To Marilyn o ludzkiej twarzy. Mająca swoje wady i lęki szalenie utalentowana dziewczyna. Na jej niepewność siebie z pewnością wpływ miało trudne dzieciństwo, wychowała się bowiem w rodzinach zastępczych i sierocińcu. Jest niewykształcona, nie ma warsztatu aktorskiego, ale za to posiada rzadko spotykany instynkt. Owszem, jest śliczna i nieco infantylna, ale jednocześnie bystra i ma poczucie humoru. To zwykła śmiertelniczka, na którą sława spadła jak grom z jasnego nieba. Bardzo skomplikowana postać, której złożoność znakomicie oddała na ekranie Michelle Williams – aktorka być może równie utalentowana, co grana przez nią postać.
„Mój tydzień z Marilyn”, reż. Simon Curtis, wyst. Michelle Williams, Kenneth Branagh, Eddie Redmayne, Emma Watson, Judi Dench, Dominic Cooper, Julia Ormond
sobota, 18 lutego 2012
Znani psiarze i kociarze
| One po prostu się lubią! |
Zimna suka, czyli jak zamknąć usta kobietom
Wypowiedzi Marii Czubaszek dla telewizji TVN, a następnie radia TOK FM wywołały prawdziwą burzę, szczególnie w Internecie. Na forach internetowych znalazło się co prawda wiele osób, które wyraziły podziw i szacunek dla szczerości Czubaszek, dla jej odwagi w podejmowaniu życiowych decyzji, większość jednak wylała na nią po prostu wiadro pomyj. Dziś mogłoby się wydawać, że „sprawa Czubaszek” rozmyła się wśród kolejnych newsów, a większość osób, które ją potępiały, zajęła się publicznym linczem Katarzyny W. z Sosnowca. Okazuje się jednak, że nie.
Oto w Gazecie Wyborczej (14.02.2012), w ramach cyklu "Energia kobiet" (sic!) zabrała głos dziennikarka TVN Katarzyna Kolenda-Zaleska, której „ta sprawa wciąż nie daje spokoju”, i którą wypowiedź Czubaszek „uwiera”. A dlaczego uwiera? Ano dlatego, że autorka satyryczna opowiada publicznie o kwestiach intymnych, przekraczając w ten sposób granicę dobrego smaku. „Czy nie ma już żadnej tajemnicy, którą chciałoby się zachować dla siebie? Wszystko jest na sprzedaż?” – pyta dramatycznie autorka felietonu, ubolewając nad światem, który nie uszanuje żadnych świętości. Ja też skądinąd ubolewam na tym światem i rolą jaką pełnią media, ale zdaje się, że z zupełnie innych przyczyn. Kolenda-Zaleska wyjaśnia źródło swego oburzenia następująco: „Maria Czubaszek nie tylko ujawniła fragment swojego intymnego życiorysu, ale też jak nikt nigdy dotychczas zbanalizowała aborcję, wpisując ją nie w krąg dylematów moralnych, ale tabloidowych wyznań.” Jednym słowem, zdaniem dziennikarki, potraktowała przerwanie ciąży „trochę jak wyrwanie zęba”.
Okazuje się więc, że problemem jest nie tyle mówienie o kwestiach związanych z ciałem i seksualnością, ale fakt, że Czubaszek nie posypuje głowy popiołem i nie przejawia żadnych oznak moralnego cierpienia z powodu aborcji. Stwierdza po prostu fakt, a co gorsza jest z tego faktu zadowolona. Zamiast płakać rzewnymi łzami i przeżywać traumę mówi bezczelnie: „nie mieć dzieci? To cudowne!”.
Dziennikarkę taka „nonszalancja” przeraża, jako że w istnienie syndromu aborcyjnego święcie wierzy. Przecież opowiadał jej o tym ksiądz Boniecki! A poza tym, jest przekonana, że wszyscy „nawet ci, którzy są zwolennikami liberalizacji prawa aborcyjnego w Polsce, podkreślają, że aborcja to ostateczność, zło, które odbije się na psychice kobiety.” Otóż nie, droga pani, nie wszyscy.
Aborcja nie jest „złem”, tak jak nie jest „wyrwaniem zęba”, którego to porównania Czubaszek zresztą w wywiadzie nie używa. To po prostu przerwanie ciąży i koniec. Dla kobiet, które chciały urodzić dziecko, ale zostały w trudnej sytuacji zupełnie same, może to być źródło cierpienia. Podobnie jak dla głęboko wierzących katoliczek, które stawiają się w ten sposób poza wspólnotą kościoła, do której wciąż chciałyby należeć. Ale jest też wiele kobiet które nie cierpią traumy z tego powodu i nie mają dylematów moralnych. A to dlatego, że istnieje zasadnicza różnica między dzieckiem a zarodkiem, i nie ma racjonalnych podstaw do tego, by zapłodnioną komórkę jajową uznawać za człowieka. Tyle, że w Polsce nie usłyszymy tych głosów, bo zbyt wiele jest osób chętnych do publicznych połajanek, czy internetowych linczów.
To, co naprawdę przeraża, to wydźwięk omawianego felietonu, który streścić można następująco: jeśli już miałaś aborcję to nie waż się mówić o tym publicznie, jeśli już mówisz to nie waż się okazywać ulgi czy zadowolenia, a tak w ogóle to najlepiej się z tego wyspowiadaj. Z wypowiedzi Marii Czubaszek wynika wyraźnie, że nie wszystkie kobiety cierpią z powodu aborcji, jednak dziennikarka woli wierzyć księdzu. Czy rzeczywiście opinie katolickiego księdza powinny być głównym źródłem wiedzy na ten temat? Czy to nie przypadkiem Kościół wtłacza kobietom poczucie winy i wzmacnia w nich traumę?
Wypowiedź Kolendy-Zaleskiej jest owocem i jednocześnie wyrazem hipokryzji, która pozwala na istnienie obecnego prawa i skazuje tysiące kobiet na poniżenie i strach. Odmawia się im nie tylko prawa do decyzji, ale też możliwości wyrażenia swoich uczuć i opowiedzenia o swoich doświadczeniach. W jaki sposób mamy dowiedzieć się o tym, jak kobiety rzeczywiście przeżywają aborcję, skoro zamyka im się usta? Jak mamy dyskutować o kwestii przerywania ciąży, skoro nie ma w przestrzeni publicznej miejsca na głos osób, których to w największym stopniu dotyczy? W efekcie, na temat aborcji mogą wypowiadać się księża, politycy, dziennikarze (rodzaj męski nie jest tu przypadkowy), ale nie same kobiety, a już na pewno nie te niemoralne jednostki, które usunęły ciążę.
Podziwiam Czubaszek. Nie dlatego, że zrobiła aborcję. Podziwiam ją za to, że opowiedziała o doświadczeniach, które są udziałem tysięcy Polek, ale o których mówić odwagi nie ma prawie nikt.
Natomiast p. Kolendzie-Zaleskiej wypadałoby chyba polecić zmianę miejsca pracy - przecież to właśnie TVN, w którym pracuje, zrobił z wypowiedzi Marii Czubaszek prawdziwy tabloidowy show
Oto w Gazecie Wyborczej (14.02.2012), w ramach cyklu "Energia kobiet" (sic!) zabrała głos dziennikarka TVN Katarzyna Kolenda-Zaleska, której „ta sprawa wciąż nie daje spokoju”, i którą wypowiedź Czubaszek „uwiera”. A dlaczego uwiera? Ano dlatego, że autorka satyryczna opowiada publicznie o kwestiach intymnych, przekraczając w ten sposób granicę dobrego smaku. „Czy nie ma już żadnej tajemnicy, którą chciałoby się zachować dla siebie? Wszystko jest na sprzedaż?” – pyta dramatycznie autorka felietonu, ubolewając nad światem, który nie uszanuje żadnych świętości. Ja też skądinąd ubolewam na tym światem i rolą jaką pełnią media, ale zdaje się, że z zupełnie innych przyczyn. Kolenda-Zaleska wyjaśnia źródło swego oburzenia następująco: „Maria Czubaszek nie tylko ujawniła fragment swojego intymnego życiorysu, ale też jak nikt nigdy dotychczas zbanalizowała aborcję, wpisując ją nie w krąg dylematów moralnych, ale tabloidowych wyznań.” Jednym słowem, zdaniem dziennikarki, potraktowała przerwanie ciąży „trochę jak wyrwanie zęba”.
Okazuje się więc, że problemem jest nie tyle mówienie o kwestiach związanych z ciałem i seksualnością, ale fakt, że Czubaszek nie posypuje głowy popiołem i nie przejawia żadnych oznak moralnego cierpienia z powodu aborcji. Stwierdza po prostu fakt, a co gorsza jest z tego faktu zadowolona. Zamiast płakać rzewnymi łzami i przeżywać traumę mówi bezczelnie: „nie mieć dzieci? To cudowne!”.
Dziennikarkę taka „nonszalancja” przeraża, jako że w istnienie syndromu aborcyjnego święcie wierzy. Przecież opowiadał jej o tym ksiądz Boniecki! A poza tym, jest przekonana, że wszyscy „nawet ci, którzy są zwolennikami liberalizacji prawa aborcyjnego w Polsce, podkreślają, że aborcja to ostateczność, zło, które odbije się na psychice kobiety.” Otóż nie, droga pani, nie wszyscy.
Aborcja nie jest „złem”, tak jak nie jest „wyrwaniem zęba”, którego to porównania Czubaszek zresztą w wywiadzie nie używa. To po prostu przerwanie ciąży i koniec. Dla kobiet, które chciały urodzić dziecko, ale zostały w trudnej sytuacji zupełnie same, może to być źródło cierpienia. Podobnie jak dla głęboko wierzących katoliczek, które stawiają się w ten sposób poza wspólnotą kościoła, do której wciąż chciałyby należeć. Ale jest też wiele kobiet które nie cierpią traumy z tego powodu i nie mają dylematów moralnych. A to dlatego, że istnieje zasadnicza różnica między dzieckiem a zarodkiem, i nie ma racjonalnych podstaw do tego, by zapłodnioną komórkę jajową uznawać za człowieka. Tyle, że w Polsce nie usłyszymy tych głosów, bo zbyt wiele jest osób chętnych do publicznych połajanek, czy internetowych linczów.
To, co naprawdę przeraża, to wydźwięk omawianego felietonu, który streścić można następująco: jeśli już miałaś aborcję to nie waż się mówić o tym publicznie, jeśli już mówisz to nie waż się okazywać ulgi czy zadowolenia, a tak w ogóle to najlepiej się z tego wyspowiadaj. Z wypowiedzi Marii Czubaszek wynika wyraźnie, że nie wszystkie kobiety cierpią z powodu aborcji, jednak dziennikarka woli wierzyć księdzu. Czy rzeczywiście opinie katolickiego księdza powinny być głównym źródłem wiedzy na ten temat? Czy to nie przypadkiem Kościół wtłacza kobietom poczucie winy i wzmacnia w nich traumę?
Wypowiedź Kolendy-Zaleskiej jest owocem i jednocześnie wyrazem hipokryzji, która pozwala na istnienie obecnego prawa i skazuje tysiące kobiet na poniżenie i strach. Odmawia się im nie tylko prawa do decyzji, ale też możliwości wyrażenia swoich uczuć i opowiedzenia o swoich doświadczeniach. W jaki sposób mamy dowiedzieć się o tym, jak kobiety rzeczywiście przeżywają aborcję, skoro zamyka im się usta? Jak mamy dyskutować o kwestii przerywania ciąży, skoro nie ma w przestrzeni publicznej miejsca na głos osób, których to w największym stopniu dotyczy? W efekcie, na temat aborcji mogą wypowiadać się księża, politycy, dziennikarze (rodzaj męski nie jest tu przypadkowy), ale nie same kobiety, a już na pewno nie te niemoralne jednostki, które usunęły ciążę.
Podziwiam Czubaszek. Nie dlatego, że zrobiła aborcję. Podziwiam ją za to, że opowiedziała o doświadczeniach, które są udziałem tysięcy Polek, ale o których mówić odwagi nie ma prawie nikt.
Natomiast p. Kolendzie-Zaleskiej wypadałoby chyba polecić zmianę miejsca pracy - przecież to właśnie TVN, w którym pracuje, zrobił z wypowiedzi Marii Czubaszek prawdziwy tabloidowy show
piątek, 17 lutego 2012
Dzień Kota
Dzień Kota na ŚwiecieMimo że 17 lutego znany jest w Polsce od 2006 roku jako Światowy/Międzynarodowy Dzień Kota, wygląda na to, że jest to raczej 'święto polsko-włoskie'. Dostępne źródła wskazują, że dzień ten obchodzony był w Włoszech a w 2006 roku zaadaptowany został także w Polsce. Niektóre źródła wskazują, że Dzień Kota obchodzony jest nieformalnie także w innych krajach np. USA - National Cat Day (Narodowy Dzień Kota), 29 pażdziernika.
Światowy Dzień Kota w Polsce
Pomysłodawcą obchodów dnia kota w Polsce był w 2006 roku redaktor naczelny miesięcznika Kot, prezes Polskiej Federacji Felinologicznej "Felis Polonia", międzynarodowy sędzia felinologiczny Pan Wojciech Albert Kurkowski. Polski Dzień Kota wspierany jest przez miesięcznik "Kot", Polską Federacje Felinologiczną "Felis Polonia" i lokalne kluby felinologiczne
Światowy Dzień Kota w Polsce
Pomysłodawcą obchodów dnia kota w Polsce był w 2006 roku redaktor naczelny miesięcznika Kot, prezes Polskiej Federacji Felinologicznej "Felis Polonia", międzynarodowy sędzia felinologiczny Pan Wojciech Albert Kurkowski. Polski Dzień Kota wspierany jest przez miesięcznik "Kot", Polską Federacje Felinologiczną "Felis Polonia" i lokalne kluby felinologiczne
czwartek, 16 lutego 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)














































