Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 listopada 2013

O tym jak kot Buddy uratował swojego człowieka

.







Zazwyczaj to człowiek ratuje kota, ale czasem bywa odwrotnie. Przekonali się o tym Rick Chap i jego żona Jennifer.

Rick przebywał właśnie w kuchni, gdy niespodziewanie doznał ataku serca. Upadł na podłogę, nie był w stanie nawet krzyknąć. W tym czasie Jennifer pracowała w innym pomieszczeniu. Zazwyczaj spokojny i leniwy kot Buddy, widząc swego pana na podłodze, nie czekał chwili, pobiegł do Jennifer i dotąd miauczał i skakał wokół niej, aż wstała zza stołu i poszła za niespokojnym kotem. Buddy poprowadził ją wprost do kuchni. Szybki telefon i pogotowie. Udało się zareagować na czas. Gdyby nie Buddy, najprawdopodobniej nie udało by się go uratować.

Państwo Chap uśmiechają się, że wróciło do nich dobro, które niegdyś uczynili - kilka lat temu przygarnęli bezdomnego wówczas mruczka. Teraz Buddy spłacił dług wdzięczności. Życie za życie. Czy może być coś piękniejszego?

 




źródło: CNN

wtorek, 12 lutego 2013

AUDREY HEPBURN Oczy, których nie zapomni nikt...



„Każdy człowiek szuka swojego miejsca na świecie, miejsca, gdzie czułby się tak dobrze, jak u Tiffany`ego”




Urodziła się jako Audrey Kathleen Ruston, córka brytyjskiego bankiera Johna Victora Hepburn-Rustoniego i holenderskiej arystokratki, baronówny Elli van Heemstra. Szlachetne urodzenie nie zapewniło jednak przyszłej gwieździe łatwego, bezproblemowego dzieciństwa. Pierwsza trauma miała miejsce już w 1935 roku, gdy jej rodzice się rozwiedli. Od tamtego czasu przez wiele lat nie miała kontaktu z ojcem, aż odnalazła go dzięki pomocy Czerwonego Krzyża w Dublinie. Nawet gdy była już sławna, pozostawała z nim w kontakcie i udzielała wsparcia finansowego aż do jego śmierci.

Kolejną ciężką próbą, na jaką narażona była mała Audrey, stało się dorastanie w okupowanej Holandii. Dla większego bezpieczeństwa obie z matką używały nazwiska van Heemstra. Hepburn, podobnie jak większość Holendrów żyjących w okupowanym przez nazistów kraju, cierpiała głód, szczególnie od 1944 roku. Gdy wtedy poważnie zachorowała, jej matka wymieniała papierosy na penicylinę oraz próbowała wytwarzać mąkę z bulw tulipanów, żeby piec z niej chleb. Niedożywienie spowodowało u Audrey postępującą anemię, problemy z oddychaniem, obrzęki kończyn. Te przeżycia miały ogromny wpływ na jej późniejszy los. Zniszczony organizm dziewczyny nie pozwolił jej zostać primabaleriną, o czym marzyła od dziecka. Ale, paradoksalnie, dzięki temu wybrała aktorstwo.






„Moje życie było czymś więcej niż bajką. Przeżyłam wiele trudnych chwil, ale niezależnie od trudności, które przeszłam, na końcu zawsze czekała na mnie nagroda.” 
Gdy wojna się kończyła, Audrey wyjechała do Londynu. Tam zaczęła uczęszczać na lekcje baletu. Oddała się swej pasji całym sercem i dlatego tak wielkim szokiem były dla niej słowa jednej z nauczycielek, która nie wróżyła dziewczynie wielkiej kariery. Po chwili załamania otrząsnęła się jednak i zaczęła próbować swych sił w showbiznesie. Najpierw pracowała jako modelka. Jej ówczesna uroda nie wzbudzała jednak zachwytu. Wydawcy żurnali oraz wielu fotografów uważało bowiem, że Audrey jest zbyt chuda, ma za długą szyję, zbyt duże oczy i... odstające uszy. Na szczęście przyszła ikona piękna i stylu nie przejmowała się niepochlebnymi opiniami na swój temat i oczarowała swym wdziękiem kilka wpływowych osób.

Gdy została zauważona, występowała w filmach, głównie jako statystka lub w drugo- i trzecioplanowych rolach. Wtedy zaproponowano Audrey zmianę nazwiska, gdyż obawiano się reakcji Katherine Hepburn, wówczas już bardzo znanej aktorki. Audrey odmówiła, a po kilku latach... zaprzyjaźniła się ze słynną artystką, z którą nie była spokrewniona. Początkująca aktorka związała się wtedy z Jamesem Hansonem, swoim kolegą po fachu, a także „miłością od pierwszego wejrzenia”. Młodzi zaplanowali już nawet wspólne życie: mieli ustaloną datę ślubu, mieszkali razem. Jednak Audrey zdecydowała się zerwać zaręczyny. Powód? Przyszła gwiazda kina stwierdziła, że miłość nie ma szans w walce z rywalizacją, jaka niechybnie zapanowałaby między kochankami. Audrey postawiła więc na karierę. Opłaciło się! W 1951 roku dostała wreszcie pierwszoplanową rolę w filmie „Monte Carlo Baby”. W tym samym roku występowała na Broadwayu w sztuce „Gigi", gdzie została dostrzeżona przez krytyków. Jednak prawdziwy sukces dopiero nadchodził...





„Nigdy nie myślałam o sobie jako o ikonie. To, co jest w umysłach innych ludzi, nie jest w moim. Ja po prostu wykonuję swoją pracę.”
Gdy Hepburn dostała propozycję zagrania u boku Gregory`ego Pecka w filmie „Rzymskie wakacje” , nie spodziewała się zapeewne, że otrzyma za tę rolę najważniejszą nagrodę w branży filmowej - Oscara. Z dnia na dzień Audrey i jej styl poruszyły całą Amerykę. Nic dziwnego: na świecie królowały wtedy blond piękności epatujące seksem i wyzywającym sposobem bycia. A tu nagle pojawiła się ona: szczuplutka (169 cm wzrostu, 50 kg wagi), sprawiająca wrażenie kruchej i dziewczęco delikatnej, o brązowych oczach i włosach. Ubrana w swoje balerinki i legginsy lub w nieśmiertelną małą czarną wprawiła w osłupienie wszystkich kinomanów. Jej wspaniałe stroje prezentowane na dużym ekranie to głównie zasługa słynnego projektanta Huberta de Givenchy, który oczarowany urodą Audrey, zaprojektował jej garderobę do wielu filmów i sprawił, że styl Audrey kopiowany jest do dziś. Charakterystyczne zdjęcie gwiazdy w małej czarnej, z diademem na głowie i z cygaretką w ręku stało się swoistym logo, którym dziś ozdabia się wszystko: od T-shirtów po... poszewki na poduszki, czy nawet bieliznę.

Ciekawostką jest również fakt, że słynna mała czarna noszona przez Hepburn w „Śniadaniu u Tiffany'ego”, projektu oczywiście Huberta de Givenchy, została w 2006 roku sprzedana przez dom aukcyjny Christie's za 920 tysięcy dolarów! Największy wpływ na tak powszechnie dziś powielany wizerunek Hepburn miała właśnie jej kreacja w tym filmie. Wcielając się w postać Holly Golightly ,na stałe zapisała się na kartach kina nie tylko amerykańskiego, ale i światowego.





„Piękno kobiety nie przejawia się w ubraniach, które nosi, ani w jej figurze lub sposobie, w jaki układa włosy. Piękno kobiety musi być widoczne w jej oczach, ponieważ są one drzwiami do jej serca – miejsca, gdzie mieszka miłość.” 
Przez długi czas kariera Audrey nie szła w parze z miłością. Jej pierwszym mężem był amerykański aktor Mel Ferrer. Gdy dziś oglądamy zdjęcia tej pary, widzimy na nich nieprzeciętnej urody kobietę i... zupełnego szaraka. Dlatego też wielu znajomych Audrey zastanawiało się, co gwiazda tego formatu dostrzegła w drugoplanowym aktorze o zdecydowanie przeciętnej urodzie i. ponoć trudnym charakterze. Być może stąd wzięły się plotki o sterowaniu przez Ferrera karierą żony. Małżeństwo z Ferrerem trwało czternaście lat, do grudnia 1968 roku. W tym czasie aktorka dwukrotnie poroniła, czego jednym z powodów był wypadek na planie „Nie do przebaczenia”. Ich jedyny syn Sean przyszedł na świat 17 lipca 1960 roku. Wtedy to spełniło się największe marzenie Audrey: została matką.

Kiedy małżeństwo to wisiało już na włosku, Audrey wyruszyła w rejs z zamiarem uporządkowania myśli, ustalenia nowych priorytetów. Podczas rejsu poznała włoskiego psychiatrę Andrea Dottiego, w którym się zakochała. 18 stycznia 1969 roku ponownie wyszła za mąż, wkrótce też zaszła w ciążę. Tym razem była zdecydowanie bardziej ostrożna, z drugim dzieckiem nie przyjmowała żadnych propozycji, a większość czasu spędziła malując obrazy. 8 lutego 1970 roku urodziła (przez cesarskie cięcie) syna Luca. Pragnęła mieć więcej dzieci, jednak względy zdrowotne jej to uniemożliwiły. Po raz ostatni poroniła w 1974 roku. Małżeństwo z Dottim przetrwało trzynaście lat i zakończyło się rozwodem w 1982 roku. Jeszcze przed końcem tego związku Hepburn poznała Roberta Woldersa, holenderskiego aktora, z którym spędziła ostatnie lata swojego życia. Choć para nigdy się nie pobrała, lata z nim aktorka nazwała najszczęśliwszymi w swoim życiu. 




„Każdy człowiek od urodzenia jest zdolny do kochania. Musi jednak wytrwale ćwiczyć, tak jakby dbał o mięśnie.”

Osiągnąć sukces - to marzenie każdej aktorki. Co potem? Wystarczy pokazywać się w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie, korzystać z luksusu i... czekać na intratne propozycje. Z takiego życia, będąc u szczytu sławy, Audrey świadomie zrezygnowała. Już w 1967 roku wycofała się ze świata blichtru i sławy, występując przed kamerą jedynie sporadycznie. Wybrała dla siebie o wiele cenniejszą rolę: została specjalnym ambasadorem UNICEF-u. Do podjęcia takiej zaskakującej dla wielbicieli jej talentu i urody decyzji skłoniły ją własne przeżycia z czasów II wojny światowej. Akcje humanitarne, w których Hepburn brała udział, niosły realną pomoc głodującym dzieciom w najbiedniejszych krajach świata, m.in. w Sudanie, Salwadorze, Hondurasie, Meksyku, Wenezueli, Ekwadorze, Bangladeszu, Wietnamie, Tajlandii, Etiopii, Erytrei i Somalii. Aktorka zbierała fundusze na rzecz dzieci, podróżowała do krajów ogarniętych głodem oraz starała się podnieść świadomość istnienia tego nieszczęścia wśród mieszkańców bogatych, cywilizowanych państw. Za swoją pracę otrzymała 11 grudnia 1992 roku, z rąk prezydenta George'a Busha, Prezydencki Medal Wolności (Presidential Medal of Freedom). Pośmiertnie przyznano jej nagrodę Jean Hersholt za pracę






Niestety, Audrey Hepburn tak bardzo była zaangażowana w niesienie pomocy innym, że nie zauważyła, iż sama jej potrzebuje. W 1992 roku aktorka powróciła do Szwajcarii ze swojej podróży do Somalii, gdzie zaczęły jej dokuczać bóle brzucha. Lekarze nie byli w stanie stwierdzić, co jej dolega, udała się więc w październiku do Los Angeles na dalsze badania. W listopadzie przeszła operację, w trakcie której wykryto raka. Zaraz potem pojawiły się przerzuty. Audrey zmarła 20 stycznia 1993 roku w Tolochenaz i tam też, w prostym grobie z jasnego kamienia, została pochowana. Miała 63 lata. Zapamiętaliśmy ją jako niezwykłej urody postać, która rozsiewała wokół siebie czar oraz... anioła dobra, który niestrudzenie niósł pomoc w zapomniane rejony świata. W 1990 roku nazwano jej imieniem sadzonkę tulipana. Jak można się domyślić, jest to niezwykłej urody kwiat


.

sobota, 9 lutego 2013

Marzenie




Moje marzenie to mieć taki antykwariat. Posiedzieć - poczytać - pogadać z ludzmi - napić się kawy. Widzę jak po antykwariacie chodzą sobie moje koty i pies. Latem siedzę sobie na powietrzu w moim ulubionym fotelu. Przechodzą ludzie - niektórzy się zatrzymują - rozmawiamy o wszystkim i o niczym  - na tej uliczce znamy się wszyscy - lubimy się. Obok piekarenka,fryzjer. Jest cicho, spokojnie nikt nie pędzi . Nic więcej do szczęścia nie potrzeba.




Może bym nawet otworzyła , ale to mrzonki - pewnie nawet nie uzbierałabym na czynsz i zus i musiałabym to moje marzenie zamknąć. Życie :( 













niedziela, 20 stycznia 2013

Autorka kocich opowieści



Wiersze z  kotem



Katarzyna Ryrych (Caty z forum miau) to osoba o nieprzeciętnej energii. Pracuje w gimnazjum, robi biżuterię i maskotki, opiekuje się kotami w potrzebie i pisze... Zadebiutowała jako autorka "Pamiętnika Babuni" wzruszającej historii o starej kotce z mieleckiego schroniska, potem były jeszcze "Nie-bajki", "Bajki z szafy", "Skrzydłak". Najnowszy tom nosi tytuł "Wiersze z pazurkiem".

Właśnie z tego zbioru pochodzą zacytowane tu wiersze.


Ozdobnik


Kiedy minęło siedem dni,
gdy wszystko było juz gotowe,
Bóg na obłoku przysiadł i
podrapał się w siwą głowę.

Są góry, morza, lasy, rzeki,
są bagna i pustynia,
jest słoń, jest wielbład
i jest człowiek, i nawet - zwykła świnia...

Pozornie wszystko jest w porządku,
niczego nie brakuje...
Skąd więc to puste miejsce w kątku,
gdzie nic nie pomrukuje?

Wziął Bóg dwie gwiazdy - małe, złote,
i wyciął kontur z nieba,
i szepnął - będziesz moim kotem,
do szczęścia kota mi trzeba.

I z kotem na kolanach siadł,
i mruknął - tak mmi się zdaje,
że raj bez kota - jakbym zgadł -
nie do końca bylby rajem.

Medycyna niekonwencjonalna
Gdy mnie chandra dopadła wiosenna,
senna aura, zachmurzenie i słota,
lekarz zamiast cudownej tabletki
na receptę przepisał mi... kota.

I powiedział - trzy razy dziennie
trzeba patrzeć w kocich oczu lusterka,
nie wspomniawszy już o terapii
poprzez dotyk kociego futerka.

Ta kuracja w przeciwieństwie do innych
jest skuteczna i w ogóle nie boli,
w zależności od samomopoczucia
można sobie ją stosować do woli.

Ma szerokie spektrum działania,
idealna na smutek wiosenny,
bez obawy przedawkowania
może słuzyć jako środek nasenny.

Gdzie lekarstwo to mozna zakupić
skoro zdolne uleczyć jest wszystko?
Lekarz rzekł - "działki...ulica...
sąsiad, albo pobliskie schronisko".

"I na to wszystko" na koniec mi powie -
"Ja zbadałem to zjawisko dogłębnie:
człowiek kotu, a kot człowiekowi
jest do szczęścia potrzebny niezbędnie"






Mała Czarna



Kiedy nocny trapi cię koszmar,
gdy sie budzisz zła i niewyspana,
na zła aurę, aby sobie precz poszła
Mała Czarna pomoże od rana.

Na początku nikt mi nie wierzy,
że nie trzeba żadnej filiżanki,
że wystarczy nieduży talerzyk
i malutka łyżeczka śmietanki.

Że wystraczy uchylić okno
i przybiegnie, jak na zawołanie,
Mała Czarna, prosto z ogrodu
na poranne, czułe głaskanie.

Mała Czarna, to lekarstwo jedyne
na świat co nas coraz mniej rozumie,
Mała Czarna o każdej godzinie
jak przyjaciel pocieszyć nas umie.

Mała Czarna wyrówna ciśnienie
i ogrzeje dłonie, które zmarzły.
Mała Czarna, miłości wcielenie,
co ma oczy jak zielone gwiazdy...

Bo na ziemi, gdzie tak trudno o miłość,
gdy się czujesz okradziona ze wszystkiego,
Mała Czarna...gdyby jej nie było,
to nie byłoby już pewnie niczego...

*

Więcej wierszy w tomiku Katarzyny Ryrych "Wiersze z pazurkiem" wydanym przez Towarzystwo Słowaków w Polsce, Kraków 2007.

sobota, 19 stycznia 2013

Dzisiaj z innej beczki - Mój ulubiony dziennikarz



Grzegorz Miecugow : Ż  jak życie  C jak cud



Ostatnie miesiące bardzo go zmieniły. Zawsze słynął ze specyficznego po­czucia humoru, które prezentował w programie "Szkło kontaktowe". Teraz jego humor zrobił sie bardziej melancholijny. Z pewnością miała na to wpływ choroba - walczył z rakiem płuc. Dziś na nowo definiuje wiele spraw. "W pewnym momencie życie mną potrząsnęło i dotarło do mnie, jak tego życia jest niewiele, jak szybko ucieka" - wyznaje. I tworzy swój nowy alfabet.

A jak autorytet

Trochę wstyd się przyznać do autorytetów, dlatego że w naszej rzeczywistości po­wiedzenie, że pan X jest dla mnie autorytetem, od razu skreśla mnie w oczach po­łowy narodu. Autorytetem był dla mnie Jan Nowak-Jeziorański. Myślę, że był to człowiek spełniony. A wśród żyjących, no cóż... chyba nie mam autorytetów.

B jak bezwzględność

Nie jestem bezwzględny. Na dowód opowiem taką oto historię: zakładałem sobie kablówkę. Przyszedł do mnie pan monter, który już na pierwszy rzut oka wyglą­dał jak siedem nieszczęść. Ręce mu się trzęsły, nie bardzo wiedział, co, jak i do czego podłączyć. Po półtorej godziny wyszedł, mówiąc, że nic mu się nie udało. I w takim razie poprosi tylko pieniądze za dojazd, a nie za montaż. Dałem mu 30 zł, po czym zadzwoniłem do tej kablówki sprawdzić, czy oni tam czegoś nie skno­cili. Okazało się, że rzeczywiście, błąd jest po ich stronie. Pojechałem na drugi ko­niec miasta, żeby mu zapłacić 100 zł, bo tak mi się go żal zrobiło. Bezwzględny człowiek pewnie by tego nie zrobił. Czy walczyłem o coś w życiu z bezwzględno­ścią? Nie, chyba nigdy nie było we mnie takiej strasznej determinacji. Życie samo mnie niosło. Byłem w ważnych miejscach w ważnych momentach. Chociaż wolał­bym się urodzić wcześniej o jakieś 18 lat. Takie fajne pokolenie, Wojtka Młynar­skiego, Agnieszki Osieckiej. Ale może nie mam racji, może nie doceniam tego wszystkiego, co w tej chwili mnie otacza, czyli tych ludzi, z którymi na co dzień pracuję. Bo jak się tak zastanowić, to ja, pracując na stałe z Arturem Andrusem, mam poczucie, że pracuję z niezwykłym człowiekiem. Niezwykle zdolnym i nie­zwykle dobrym.

C jak cud

Cud jest wszędzie. Cudem jest to, że żyję. Cudem jest to, że świat istnieje. I to, że - nie wiadomo jeszcze jak - z materii nieożywionej pojawiła się materia żywa. A ja jestem gdzieś na końcu tego procesu. I umiem to docenić. Czy cudem jest to, że wyzdrowiałem? To nie jest żaden cud, to naturalna kolej rzeczy, że w pewnym momencie życie mną potrząsnęło i zrozumiałem, jak tego życia jest niewiele, jak ono szybko upływa. Choroba pozwala uświadomić sobie, jak szkoda tego czasu. Trzeba zadać sobie pytanie: co dalej? Czy masz jakieś marzenia, człowieku? Jak wyobrażasz sobie siebie za 20 lat? Umiałem zadać sobie to pytanie, ale nie umiem na nie odpowiedzieć.

D jak duma

Kiedy myślę "duma narodowa", pojawia się we mnie takie dziwne uczucie. Po pro­stu jestem dumny z tego, że jesteśmy zaradni. Często ta zaradność łączy się z bra­kiem uczciwości. To znaczy zaradny jest właściciel małego lokalu, który oficjalnie płaci kucharzowi 3000 zł, ale pod stołem musi mu zapłacić jeszcze 5000, bo ina­czej kucharz odejdzie. I to jest zaradność, ale to jest też oszukiwanie państwa. Dam prosty przykład: sympatyczny skądinąd kapitan Wrona, który wylądował bez podwozia i zniszczył samolot wart ileś milionów dolarów, nie zauważył, że bezpiecznik jest wyłączony. Ja jestem dumny z tego, że on w trudnej sytuacji po­kazał mistrzostwo i ocalił życie iluś tam ludzi, ale może do tej sytuacji by nie do­szło, gdyby zajrzał do tej skrzynki, w której był przełącznik. W jednym punkcie duma z naszego rodaka miesza się z cieniem, że być może po prostu nawalił. A z czego ja jestem dumny? Z tego, że coś po sobie zostawię. Parę rzeczy wymier­nych i trochę niewymiernych. Wymierne to rzeczy, które zrobiłem, na przykład wywiady z mądrymi ludźmi, kiedy starałem się zadawać pytania, które mnie nur­tują, i mam nadzieję, że nurtują też innych ludzi. Albo przynajmniej zaczną ich nurtować. To, że parę osób będzie mi wdzięcznych za pomoc w życiu zawodo­wym, za pokazanie im pewnego kierunku, za tworzenie pewnych karier. Jestem dumny z syna, który jest dobrym człowiekiem, do którego lgną dzieci, ale który też ma swoje kłopoty zdrowotne, bo jest nieuleczalnie chory na cukrzycę.

E jak emerytura

Nie czekam na emeryturę. Chociaż przy obecnym stanie mediów niewykluczone, że zostanę do niej zmuszony. I to już całkiem niedługo, bo w wiek emerytalny wejdę za osiem lat. Do tej pory myślałem, że jestem elastyczny i że potrafię mówić o mediach. Teraz zaczynam mieć wątpliwości, bo nie funkcjonując w por­talach społecznościowych, Facebooku, Twitterze, chyba sam odsuwam się na mar­gines. Będzie mi coraz trudniej mówić o mediach, nie uczestnicząc w tej ich czę­ści. Byłem na Facebooku tylko przez dwie godziny. Wykonałem ten ruch i zszoko­wało mnie, gdy natychmiast odezwał się do mnie znajomy. W trakcie logowania się dostałem informację, że fajnie, że jestem. Byłem tak przerażony tym, że on wie, że ja jestem, że szybko się wylogowałem.

F jak figle

Mam wrażenie, że to słowo, które już nie istnieje. Figiel jest wtedy, kiedy na końcu nie ma płaczu. Czasami płatam figle. Miałem kiedyś takiego podwładnego, bardzo zdolnego młodego chłopaka, który był niezwykle ambitny. Świat stał przed nim otworem. Zrobiłem mu piętrowego figla. Polegał na tym, że dowiedziałem się, jak nazywa się szefowa zespołu produkującego filmy, i poprosiłem koleżankę z innej stacji, żeby zadzwoniła do Maćka, przedstawiła się jako ta pani i zapropo­nowała mu wzięcie udziału w filmie w roli młodego dziennikarza telewizyjnego. I że kłopot polega tylko na tym, że trzeba poświęcić dwa tygodnie na zdjęcia w Nowym Jorku. Udało się go wkręcić. Niestety na krótko, bo Sianecki się wygadał. Myślę, że "Szkło kontaktowe" jest takim moim figlowaniem. Szczególnie jeśli w trakcie rozmowy z jednym czy drugim kolegą pojawi się nagle jakaś zabawa sło­wem, która wraca przez cały program i wygląda na coś zaplanowanego. Takie figle lubię.

G jak głupota

Głupota nas otacza. I, niestety, nie chcę powiedzieć, że jest dominująca, ale jest jej więcej niż za moich dziecięcych lat. My w ogóle jesteśmy gatunkiem dosyć roz­rywkowym. Dzisiaj tęsknimy za czasami, kiedy ludzie częściej się spotykali i dużo rozmawiali. Ale nie chodzi o to, że byliśmy wtedy jacyś lepsi, tylko nie było pokus. Nie było sieci, nie było 400 programów telewizyjnych. Dzisiaj zewsząd na­mawia się nas, aby czatować, nawiązywać znajomości internetowe, łapać przy­padkowe okazje szybkich związków. A z tego pośpiechu mniej ze sobą rozmawia­my, wszystko stało się takie powierzchowne. Mamy obsesję zabawy. To powoduje też powiększenie głupoty. Ludzie, którzy żyją od rozrywki do rozrywki, nie zasta­nawiają się nad tym, czy czegoś uczy nas historia. Nie pytają: "Kim jesteśmy? Co właściwie tu robimy? Po co tu jesteśmy? Po co to wszystko?".

K jak kurczę blade

"Kurczę blade" jest rodzajem przekleństwa. Ja nie przeklinam. Nie używam brzyd­kich słów, nie potrzebuję ich. Czasem w duchu przeklnę, ale przeważnie siebie. Za jakąś swoją głupotę. Na przykład ostatnio robiłem pranie i uświadomiłem sobie, że w kieszeni koszuli, którą piorę, zostawiłem telefon. I wtedy w duchu przeklą­łem się za swoją głupotę i totalne gapiostwo. W dodatku pralka jest tak skonstru­owana, że nie można jej szybko otworzyć, bo trzeba czekać 3 minuty po wyłącze­niu. Czekam, czekam, i wtedy się zorientowałem, że jednak telefon jest w łado­warce.

L jak las

W młodości dużo przebywałem w lasach. Na obozach harcerskich zaliczałem "trzy pióra" - sprawność, którą wymyślono jeszcze przed wojną i która jest bardzo trudna. Przez jeden dzień nic się nie je - i to jest najłatwiejsze. Jeden dzień nic się nie mówi - tu trudność polega na tym, że łatwo jest się zapomnieć. Na koniec całą dobę trzeba spędzić w lesie, mając trzy zapałki, piętkę chleba, trochę soli i jajko. Tę sprawność zdobywa się w gęstszym lesie. Dlatego chyba lubię las. Najbar­dziej lubię lasy porastające Turbacz. To taka moja góra, na której spędziłem bar­dzo dużo czasu.

M jak mama

Mama miała ciężkie życie. Jej najlepszy nastoletni wiek przypadł na czasy naj­straszniejsze, bo miała 12 lat, jak wybuchła wojna. Z kolei w czasach pokojowych gnębił ją ciągły niedostatek, ciągły brak wszystkiego. Udało jej się wychować dwój­kę dzieci, chociaż dosyć szybko mój tata ją zostawił. W czasach kiedy zaczęło dziać się trochę lepiej, mama już nie miała siły, żeby z tego korzystać. Myślę o niej z dużym ciepłem. To wspaniała kobieta. Staram się jej pomóc, jak mogę. Sta­ram się też nie martwić mamy sobą, ale to jest trudne...

S jak sekret

Mam pełno sekretów. Nie jestem praktykującym katolikiem, więc się nie spowia­dam. Są rzeczy, o których nigdy nikomu nie powiem. One zostaną moją tajemni­cą. Myślę, że każdy tak ma. Przeczytałem niedawno książkę, która prorokuje w etapach, co się zdarzy na świecie w ciągu najbliższych 30, 50, 70 i więcej lat. Naj­bardziej przerażająca wizja, która tam się pojawiła, to taka, że pod koniec najbliż­szego stulecia ludzie będą mogli czytać nawzajem własne myśli. Nie wyobrażam sobie tego. To będzie koniec tajemnicy.

T jak tonąć

Myślę, że całe życie toniemy. Każdy dzień jest przybliżaniem do nicości, więc jest to rodzaj tonięcia. Ważniejsze jest, czy wykonujemy wtedy chaotyczne ruchy, czy raczej gesty przemyślane albo chociażby eleganckie. Fizycznie raz tonąłem. Stało się to dlatego, że wcześniej za długo pływałem w płetwach. I jak wpadłem do wody, to ogarnęło mnie przerażenie, że chociaż macham nogami, nic mi z tego nie wychodzi. Wtedy się zorientowałem, że tonę nie dlatego, że coś mnie ściąga na dół, tylko dlatego, że wpadam w panikę.

U jak uniwersalny

"Uniwersalny" od słowa universum, czyli wszechświat. Uniwersalna jest entropia, dążenie do stagnacji. Wyrównywanie poziomów. Zawsze mnie zastanawiało, jak to jest, kiedy człowiek wie, że umrze. Człowiek jest tak skonstruowany, że chce żyć, ale w pewnym momencie już mu się nie chce. Przychodzi to z wiekiem. I dzięki temu jest lżej. Uniwersalny jest też strach. Strach w ogóle jest najpowszech­niejszym stanem. Towarzyszy każdemu człowiekowi, od zawsze.

W jak wiara

Jeżeli rozmawiamy na poziomie górnolotnym, to wierzę, że to wszystko ma jakiś sens. My tego sensu nie znamy i go poszukujemy. Ja szukam sensu powstania tego wszystkiego, co nas otacza, i celu, w jakim to wszystko zmierza. Zastana­wiam się, gdzie to się zakończy. Bo wszystko ma swój początek i koniec. A jeżeli mówimy o mojej wierze na poziomie podstawowym, to we mnie jest mnóstwo wiary. Na przykład wierzę w ludzi. Uważam, że jeśli ludzie popełniają jakieś błędy, to często przez zaniechanie lub nieprzemyślenie, a nie dlatego, że są źli z natury. Nawet ci, którzy byli poddani najcięższej próbie podczas II wojny świato­wej i dopuszczali się ciężkich zbrodni, też działali w imię jakiegoś dobra. Fikcyjne­go, ale wierzyli w to, że na końcu jest jakaś jasność. Generalnie wierzę w to, że lu­dzie są dobrzy.

Z jak zabawa

Nie umiem bawić się w taki tradycyjny sposób. Nie chodzę na spotkania, nie ko­rzystam z zaproszeń na wielkie imprezy. Pytanie: co to w ogóle jest zabawa? Czło­wiek powinien umieć bawić się tym, co robi. Więc w tym sensie ja się bawię nie­ustannie. Niczego nie robię z mozołem, staram się robić wszystko w sposób jak najlżejszy, zabawowy właśnie. Rodzajem zabawy jest dla mnie gra w scrabble. Jak już mówiłem wcześniej, jesteśmy gatunkiem bardzo zabawowym, tyle że życie czasami nie pozwala nam się bawić...

Ż jak życie

Życie jest piękne. Potrafi też być niezwykle smaczne. Tylko od nas zależy, czy umiemy ten smak uchwycić. Łatwo to zrobić, kiedy jest się z najbliższą osobą nad brzegiem morza i zachodzi słońce. Wtedy mówimy: "Patrz, jak pięknie". Ale tak naprawdę można się zachwycić nawet trawką z trawnika. Jak się człowiek odpo­wiednio nad tą trawką zastanowi.
Autor: Anna Kaplińska-Struss
Źródło: Gala