Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuł. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lutego 2013

Kocia miłość




Prawdziwych kociarzy nikt nie musi przekonywać, że koty potrafią kochać i w imię swojej miłości zdolne są do wielkich poświęceń oraz bohaterskich czynów.

Miłość macierzyńska
Nie zamierzamy również przekonywać osób, które z powodu różnych dziwacznych uprzedzeń kotów nie lubią, wiedząc że ich przyczyną jest po prostu brak kota. Zamierzamy natomiast, w związku z dzisiejszym świętem, przedstawić różne oblicza kociej miłości. Wszak miłość niejedno ma imię.
Kotki słyną z troskliwości okazywanej potomstwu. Są matkami niezwykle cierpliwymi. Z pełną wyrozumiałością znoszą wybryki niesfornych kociaków, nie protestując przeciwko polowaniu na ogon mamy i podgryzaniu uszu w ramach treningu delikatnych ząbków. A kiedy maluchy zaczynają się usamodzielniać i rozłazić we wszystkich kierunkach jednocześnie, znoszą je do koszyka za skórę na karku, chociaż trzeba się przy tym nieźle nabiegać. W mediach opisywane są przypadki kotek, które w ten sposób wynosiły swoje kocięta z płonących budynków, nie bacząc na własne bezpieczeństwo i nie zapominając o żadnym, jakby naprawdę potrafiły liczyć, jak twierdzą niektórzy specjaliści od zwierzęcej psychiki. Kocie mamy to także niezrównane nauczycielki. Jeśli mieszkają w domu, uczą kocięta dobrych obyczajów potrzebnych dobrze wychowanemu kotu, na przykład korzystania z kuwety, a także umiejętności niezbędnych do skutecznego wpływania na ludzi, jak chociażby głośne kuchenne żebractwo. Zadaniem kotek dzikich lub półdzikich jest z kolei nauczenie potomstwa zdobywania pożywienia i unikania niebezpieczeństw. Kotka pokazuje kociętom, czego powinny się bać i unikać oraz uczy forteli niezbędnych przy polowaniu. Okazuje się na przykład, że koty, których matki nie polowały na ptaki, nie będą potrafiły tego robić w dorosłym życiu, bo jest to umiejętność nabywana przez obserwację i trening pod okiem kocicy.





Miłość marcowa z feromonami w tle
Marzec to miesiąc tradycyjnie kojarzony z kocimi amorami, których odgłosy bywają naprawdę imponujące. Kiedy kotka wchodzi w okres rui zaczyna w charakterystyczny nawoływać okoliczne kocury, które ochoczo stawiają się na wezwanie gotowe do przedłużania gatunku. Towarzyszą temu zajadłe walki o względy wybranki, przebiegające przy akompaniamencie warczenia i wrzasków, w łagodnej formie sprowadzające do się do przybierania groźnych póz, a w formie ostatecznej – do użycia pazurów i zębów. Niejeden kocur wrócił do domu z naderwanym uchem, dowodzącym jego waleczności i męskości (kocurowatości?). Koty nie są jednak monogamistami. Kotka pozwala się czasami zapłodnić kilku kocurom, więc w jednym miocie mogą znaleźć się kocięta pochodzące od wielu ojców. Trudno tu wręcz mówić o miłości – to raczej instynkt i żądza przekazania własnych genów. Niemniej jednak hodowcy kotów rasowych znają przypadki wyjątkowej wybredności w doborze partnerów. Jeśli kocur nie przypadnie kotce do gustu (lub odwrotnie), to choćby był międzynarodowym championem odnoszącym spektakularne sukcesy na wystawach - z rodowodowego miotu nici. Kocury rzadko interesują się potomstwem, chociaż w warunkach domowych niejednokrotnie obserwowano, że podejmują wobec niezdarnych maluchów różne czynności opiekuńcze typu wylizywanie brzuszków i zabawy. Nie jest też prawdą, że okres godowy kotów przypada w marcu. Kocięta rodzą się również w innych porach roku, bo dobrze odżywiona, zadbana kota może mieć ruję nawet dwa lub trzy razy do roku.






Miłość przyjacielska
Kilka kotów mieszkającym wspólnie pod jednym dachem daje wspaniałą okazję do obserwowania różnorodności kocich charakterów i skomplikowanych kocio-kocich interakcji. Podobnie jak między ludźmi, wśród kotów zdarzają się sympatie i antypatie od pierwszego wejrzenia, kocie przyjaźnie i wieloletnie niechęci owocujące burzliwymi konfliktami, gonitwami i syczeniem godnym kobry. Jak w każdej grupie tworzą się stronnictwa, wrogie koalicje i wspólne fronty. Możliwe są także prawdziwe kocie przyjaźnie. Zaprzyjaźnione zwierzaki razem śpią, wspólnie się bawią, myją nawzajem swoje futerka, a w przypadku wyjątkowo głębokich uczuć potrafią nawet dzielić się zawartością jednej miseczki lub zgodnie siedzieć na kolanach opiekuna bez typowej zazdrości o ilość głaski i uwagi. Uwielbiają swoje towarzystwo, zawsze starają się przebywać w pobliżu siebie, a kiedy przyjaciel odchodzi – tęsknią i przeżywają prawdziwy smutek. Jeśli jedno z nich choruje, drugie często stara się pocieszyć osłabionego przyjaciela: wylizuje jego futerko, a czasem broni przed innymi członkami domowego stada, którzy chcą wykorzystać sytuację i zająć wyższe miejsce w hierarchii.






Miłość kocio-ludzka
O miłości ludzi do kotów i odwrotnie napisano już całe tomy. Nie będziemy tutaj zamieszczać kolejnego opracowania sięgającego aż do starożytnego Egiptu. Zamiast tego zajmiemy się jedynie mitem, głoszącym, że koty przywiązują się do miejsc, a nie do ludzi. W tym celu autorka złoży oświadczenie:
Gdyby była to prawda, dwie najstarsze (dachowce: 14 i 15 lat) kotki autorki wracałyby uparcie do pierwszego mieszkania znajdującego się w innym mieście i trzeba by je przywozić z powrotem po każdej przeprowadzce do nowego domu, trzecia kotka (dachowiec: 8 lat) wciąż uciekałaby kilka przecznic dalej, bo tam był jej pierwszy dom, natomiast czwarta (Maine Coon: 4 lata) mimo podpisania umowy o sprzedaży kota oraz uiszczeniu za kota opłaty za nic nie przyjęłaby do wiadomości, że jej nowy dom jest tutaj, a nie w hodowli pod Krakowem. Autorka niczego takiego nie zaobserwowała, a wręcz przeciwnie: wszystkie cztery koty domu nie chcą opuszczać, chociaż we wszystkich przypadkach jest on ich kolejnym miejscem pobytu, co stanowi dowód na błędność przekonania o kocim przywiązaniu do miejsc. Stadu autorki jest obojętne, gdzie mieszka, byle autorka też tam była. I odwrotnie.




wtorek, 12 lutego 2013

AUDREY HEPBURN Oczy, których nie zapomni nikt...



„Każdy człowiek szuka swojego miejsca na świecie, miejsca, gdzie czułby się tak dobrze, jak u Tiffany`ego”




Urodziła się jako Audrey Kathleen Ruston, córka brytyjskiego bankiera Johna Victora Hepburn-Rustoniego i holenderskiej arystokratki, baronówny Elli van Heemstra. Szlachetne urodzenie nie zapewniło jednak przyszłej gwieździe łatwego, bezproblemowego dzieciństwa. Pierwsza trauma miała miejsce już w 1935 roku, gdy jej rodzice się rozwiedli. Od tamtego czasu przez wiele lat nie miała kontaktu z ojcem, aż odnalazła go dzięki pomocy Czerwonego Krzyża w Dublinie. Nawet gdy była już sławna, pozostawała z nim w kontakcie i udzielała wsparcia finansowego aż do jego śmierci.

Kolejną ciężką próbą, na jaką narażona była mała Audrey, stało się dorastanie w okupowanej Holandii. Dla większego bezpieczeństwa obie z matką używały nazwiska van Heemstra. Hepburn, podobnie jak większość Holendrów żyjących w okupowanym przez nazistów kraju, cierpiała głód, szczególnie od 1944 roku. Gdy wtedy poważnie zachorowała, jej matka wymieniała papierosy na penicylinę oraz próbowała wytwarzać mąkę z bulw tulipanów, żeby piec z niej chleb. Niedożywienie spowodowało u Audrey postępującą anemię, problemy z oddychaniem, obrzęki kończyn. Te przeżycia miały ogromny wpływ na jej późniejszy los. Zniszczony organizm dziewczyny nie pozwolił jej zostać primabaleriną, o czym marzyła od dziecka. Ale, paradoksalnie, dzięki temu wybrała aktorstwo.






„Moje życie było czymś więcej niż bajką. Przeżyłam wiele trudnych chwil, ale niezależnie od trudności, które przeszłam, na końcu zawsze czekała na mnie nagroda.” 
Gdy wojna się kończyła, Audrey wyjechała do Londynu. Tam zaczęła uczęszczać na lekcje baletu. Oddała się swej pasji całym sercem i dlatego tak wielkim szokiem były dla niej słowa jednej z nauczycielek, która nie wróżyła dziewczynie wielkiej kariery. Po chwili załamania otrząsnęła się jednak i zaczęła próbować swych sił w showbiznesie. Najpierw pracowała jako modelka. Jej ówczesna uroda nie wzbudzała jednak zachwytu. Wydawcy żurnali oraz wielu fotografów uważało bowiem, że Audrey jest zbyt chuda, ma za długą szyję, zbyt duże oczy i... odstające uszy. Na szczęście przyszła ikona piękna i stylu nie przejmowała się niepochlebnymi opiniami na swój temat i oczarowała swym wdziękiem kilka wpływowych osób.

Gdy została zauważona, występowała w filmach, głównie jako statystka lub w drugo- i trzecioplanowych rolach. Wtedy zaproponowano Audrey zmianę nazwiska, gdyż obawiano się reakcji Katherine Hepburn, wówczas już bardzo znanej aktorki. Audrey odmówiła, a po kilku latach... zaprzyjaźniła się ze słynną artystką, z którą nie była spokrewniona. Początkująca aktorka związała się wtedy z Jamesem Hansonem, swoim kolegą po fachu, a także „miłością od pierwszego wejrzenia”. Młodzi zaplanowali już nawet wspólne życie: mieli ustaloną datę ślubu, mieszkali razem. Jednak Audrey zdecydowała się zerwać zaręczyny. Powód? Przyszła gwiazda kina stwierdziła, że miłość nie ma szans w walce z rywalizacją, jaka niechybnie zapanowałaby między kochankami. Audrey postawiła więc na karierę. Opłaciło się! W 1951 roku dostała wreszcie pierwszoplanową rolę w filmie „Monte Carlo Baby”. W tym samym roku występowała na Broadwayu w sztuce „Gigi", gdzie została dostrzeżona przez krytyków. Jednak prawdziwy sukces dopiero nadchodził...





„Nigdy nie myślałam o sobie jako o ikonie. To, co jest w umysłach innych ludzi, nie jest w moim. Ja po prostu wykonuję swoją pracę.”
Gdy Hepburn dostała propozycję zagrania u boku Gregory`ego Pecka w filmie „Rzymskie wakacje” , nie spodziewała się zapeewne, że otrzyma za tę rolę najważniejszą nagrodę w branży filmowej - Oscara. Z dnia na dzień Audrey i jej styl poruszyły całą Amerykę. Nic dziwnego: na świecie królowały wtedy blond piękności epatujące seksem i wyzywającym sposobem bycia. A tu nagle pojawiła się ona: szczuplutka (169 cm wzrostu, 50 kg wagi), sprawiająca wrażenie kruchej i dziewczęco delikatnej, o brązowych oczach i włosach. Ubrana w swoje balerinki i legginsy lub w nieśmiertelną małą czarną wprawiła w osłupienie wszystkich kinomanów. Jej wspaniałe stroje prezentowane na dużym ekranie to głównie zasługa słynnego projektanta Huberta de Givenchy, który oczarowany urodą Audrey, zaprojektował jej garderobę do wielu filmów i sprawił, że styl Audrey kopiowany jest do dziś. Charakterystyczne zdjęcie gwiazdy w małej czarnej, z diademem na głowie i z cygaretką w ręku stało się swoistym logo, którym dziś ozdabia się wszystko: od T-shirtów po... poszewki na poduszki, czy nawet bieliznę.

Ciekawostką jest również fakt, że słynna mała czarna noszona przez Hepburn w „Śniadaniu u Tiffany'ego”, projektu oczywiście Huberta de Givenchy, została w 2006 roku sprzedana przez dom aukcyjny Christie's za 920 tysięcy dolarów! Największy wpływ na tak powszechnie dziś powielany wizerunek Hepburn miała właśnie jej kreacja w tym filmie. Wcielając się w postać Holly Golightly ,na stałe zapisała się na kartach kina nie tylko amerykańskiego, ale i światowego.





„Piękno kobiety nie przejawia się w ubraniach, które nosi, ani w jej figurze lub sposobie, w jaki układa włosy. Piękno kobiety musi być widoczne w jej oczach, ponieważ są one drzwiami do jej serca – miejsca, gdzie mieszka miłość.” 
Przez długi czas kariera Audrey nie szła w parze z miłością. Jej pierwszym mężem był amerykański aktor Mel Ferrer. Gdy dziś oglądamy zdjęcia tej pary, widzimy na nich nieprzeciętnej urody kobietę i... zupełnego szaraka. Dlatego też wielu znajomych Audrey zastanawiało się, co gwiazda tego formatu dostrzegła w drugoplanowym aktorze o zdecydowanie przeciętnej urodzie i. ponoć trudnym charakterze. Być może stąd wzięły się plotki o sterowaniu przez Ferrera karierą żony. Małżeństwo z Ferrerem trwało czternaście lat, do grudnia 1968 roku. W tym czasie aktorka dwukrotnie poroniła, czego jednym z powodów był wypadek na planie „Nie do przebaczenia”. Ich jedyny syn Sean przyszedł na świat 17 lipca 1960 roku. Wtedy to spełniło się największe marzenie Audrey: została matką.

Kiedy małżeństwo to wisiało już na włosku, Audrey wyruszyła w rejs z zamiarem uporządkowania myśli, ustalenia nowych priorytetów. Podczas rejsu poznała włoskiego psychiatrę Andrea Dottiego, w którym się zakochała. 18 stycznia 1969 roku ponownie wyszła za mąż, wkrótce też zaszła w ciążę. Tym razem była zdecydowanie bardziej ostrożna, z drugim dzieckiem nie przyjmowała żadnych propozycji, a większość czasu spędziła malując obrazy. 8 lutego 1970 roku urodziła (przez cesarskie cięcie) syna Luca. Pragnęła mieć więcej dzieci, jednak względy zdrowotne jej to uniemożliwiły. Po raz ostatni poroniła w 1974 roku. Małżeństwo z Dottim przetrwało trzynaście lat i zakończyło się rozwodem w 1982 roku. Jeszcze przed końcem tego związku Hepburn poznała Roberta Woldersa, holenderskiego aktora, z którym spędziła ostatnie lata swojego życia. Choć para nigdy się nie pobrała, lata z nim aktorka nazwała najszczęśliwszymi w swoim życiu. 




„Każdy człowiek od urodzenia jest zdolny do kochania. Musi jednak wytrwale ćwiczyć, tak jakby dbał o mięśnie.”

Osiągnąć sukces - to marzenie każdej aktorki. Co potem? Wystarczy pokazywać się w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie, korzystać z luksusu i... czekać na intratne propozycje. Z takiego życia, będąc u szczytu sławy, Audrey świadomie zrezygnowała. Już w 1967 roku wycofała się ze świata blichtru i sławy, występując przed kamerą jedynie sporadycznie. Wybrała dla siebie o wiele cenniejszą rolę: została specjalnym ambasadorem UNICEF-u. Do podjęcia takiej zaskakującej dla wielbicieli jej talentu i urody decyzji skłoniły ją własne przeżycia z czasów II wojny światowej. Akcje humanitarne, w których Hepburn brała udział, niosły realną pomoc głodującym dzieciom w najbiedniejszych krajach świata, m.in. w Sudanie, Salwadorze, Hondurasie, Meksyku, Wenezueli, Ekwadorze, Bangladeszu, Wietnamie, Tajlandii, Etiopii, Erytrei i Somalii. Aktorka zbierała fundusze na rzecz dzieci, podróżowała do krajów ogarniętych głodem oraz starała się podnieść świadomość istnienia tego nieszczęścia wśród mieszkańców bogatych, cywilizowanych państw. Za swoją pracę otrzymała 11 grudnia 1992 roku, z rąk prezydenta George'a Busha, Prezydencki Medal Wolności (Presidential Medal of Freedom). Pośmiertnie przyznano jej nagrodę Jean Hersholt za pracę






Niestety, Audrey Hepburn tak bardzo była zaangażowana w niesienie pomocy innym, że nie zauważyła, iż sama jej potrzebuje. W 1992 roku aktorka powróciła do Szwajcarii ze swojej podróży do Somalii, gdzie zaczęły jej dokuczać bóle brzucha. Lekarze nie byli w stanie stwierdzić, co jej dolega, udała się więc w październiku do Los Angeles na dalsze badania. W listopadzie przeszła operację, w trakcie której wykryto raka. Zaraz potem pojawiły się przerzuty. Audrey zmarła 20 stycznia 1993 roku w Tolochenaz i tam też, w prostym grobie z jasnego kamienia, została pochowana. Miała 63 lata. Zapamiętaliśmy ją jako niezwykłej urody postać, która rozsiewała wokół siebie czar oraz... anioła dobra, który niestrudzenie niósł pomoc w zapomniane rejony świata. W 1990 roku nazwano jej imieniem sadzonkę tulipana. Jak można się domyślić, jest to niezwykłej urody kwiat


.

wtorek, 5 lutego 2013

Przypomnienie



Światowy Dzień Kota obchodzony jest corocznie 17 lutego. W Polsce obchodzimy go dopiero od 2006 roku, a to za sprawą miesięcznika „Kot” oraz Cat Club Łódź. Pomysłodawcą polskich obchodów tego święta jest Wojciech Albert Kurkowski – redaktor naczelny wcześniej wspomnianego miesięcznika "Kot" oraz Prezes Polskiej Federacji Felinologicznej "Felis Polonia". Również w Stanach Zjednoczonych istnieje analogiczne święto pod nazwą Narodowy Dzień Kota, obchodzony 29 października. Światowy Dzień Kota ma swoje korzenie we Włoszech, stąd też w Rzymie odbywają się jego centralne obchody. Dlaczego to właśnie Włochy są stolicą kociego święta? Być może dlatego, że w wielu włoskich miastach i miasteczkach żyją miliony kotów, które często można spotkać w miejskich zaułkach i zakamarkach, gdzie chowają się w cieniu przed spiekotą.







Dziwić może fakt, że Światowy Dzień Kota obchodzony jest w Polsce od tak niedawna, ponieważ Polska zajmuje III miejsce na świecie pod względem ilości kotów mieszkających w gospodarstwach domowych. Wyprzedzają nas tylko Australia i Stany Zjednoczone. Przeprowadzone badania dowiodły, że koty goszczą aż w 33 % polskich domostw, co świadczy o tym, że więcej jest miłośników kotów niż psów. Podobnie rzecz się ma np. w Wielkiej Brytanii, gdzie żyje ok. 10 mln kotów, a psów jest tylko 6,5 mln.







Celem obchodów jest propagowanie szacunku dla kotów, nie tylko tych rasowych, zwrócenie uwagi na rolę kota w życiu człowieka oraz pomoc kotom, które jej potrzebują. Bardzo ważnym i nieodłącznym elementem obchodów Światowego Dnia Kota jest akcja „rasowce dachowcom”. Jest to inicjatywa, która ma na celu pomoc bezdomnym kotom. Pomoc ta przyjmuje formę zbiórek pieniężnych oraz rzeczowych. Dary przekazywane są do schronisk. W akcji udział biorą hodowcy, kluby felinologiczne, osoby prywatne, instytucje, a także szkoły czy przedszkola. Dodatkowo obchodom towarzyszą: pokazy kotów, konkursy dla dzieci, wystawy prac artystycznych związanych z kocią tematyką, wystawy fotografii, gratisowe porady weterynaryjne, spotkania z lekarzami czy hodowcami. Poza tym, w związku z kocim świętem organizowany jest plebiscyt "Kociarz Roku", w którym głosują czytelnicy pisma "Kot".

Nic dziwnego, że powstało takie święto jak Światowy Dzień Kota, bo przecież koty jak najbardziej na nie zasługują jako zwierzęta, które fascynują ludzkość od tysiącleci.




czwartek, 24 stycznia 2013

O kocie który stał się oczami psa





Terfel, 8-letni mieszaniec labradora stracił wzrok z powodu zaćmy i niemal przestał ruszać się ze swego legowiska. Przed zupełną utratą zdolności przemieszczania się uratował go bezdomny kot.

Żrą się jak pies z kotem – słuszność tego powiedzenia została już wielokrotnie zakwestionowana i prawdę powiedziawszy, bardziej odnosi się do nas ludzi niż do zwierząt. Oto kolejny dowód na to, że pies i kot umieją się dogadać.
Gdy mieszkający w północnej Walii 8-letni mieszaniec labradora Terfel utracił wzrok z powodu zaćmy, jego właścicielka Judy Godfrey-Brown zaobserwowała, że jej podopieczny niemal nie rusza się z posłania, żeby nie obijać się o różne przedmioty. Gdy po jakimś czasie w okolicy pojawiła się bezdomna kotka, nikt nie przypuszczał, że stanie się ona przyczyną wielkich zmian, które zajdą w życiu Terfla. Judy Godfrey-Brown przygarnęła kotkę i nadała jej imię Pwditat.
Po jakimś czasie z niedowierzaniem zobaczyła, jak nowa podopieczna prowadzi niewidomego psa z posłania do ogrodu, zachowując się tak, jak gdyby doskonale wiedziała o ułomności pobratymca. Od tamtego momentu Terfel i Pawditat są nierozłączni, nawet śpią razem, a kotka nieustannie informuje psa o tym, że jest obok, łasząc się do niego i szturchając go łapkami. – Są fantastycznymi przyjaciółmi, naprawdę kochają się wzajemnie – mówi Judy Godfrey-Brown.


Koty.pl


czwartek, 17 stycznia 2013

Socjalizacja - Co to takiego ?



Kot, tak jak człowiek, uczy się przez całe życie. I, również jak człowiek, najbardziej „chłonny” jest w młodości, czyli jako mały kociak.



Wtedy też powinien nauczyć się wszystkiego, co kot umieć i wiedzieć powinien. Naturalna socjalizacja, czyli przystosowanie do życia z ludźmi i innymi zwierzętami, następuje w pierwszych tygodniach życia kota. Jeżeli przebywa on z innymi kociętami i matką, wszystkich potrzebnych rzeczy nauczy się do 12 tygodnia życia i wtedy też jest gotowy, aby opuścić kocią rodzinę i przenieść się do nowego domu.




Do tego czasu kot uczy się jak „być kotem”, jak komunikować się z innymi zwierzętami, kto to jest człowiek i co kot od niego może otrzymać (lub, co gorsza, czemu go unikać). Podstawowym wzorcem zachowania dla małego kotka jest jego matka. Podążając za nią i robiąc dokładnie to samo, co ona, kociak uczy się wszystkich potrzebnych do życia umiejętności. Udomowione koty uczą się m. in. jak trafić do kuwety i z niej skorzystać, gdzie znaleźć pożywienie, a także jak upolować zdobycz, chociaż ma to aspekt bardziej teoretyczny niż praktyczny. Instynkty łowieckie realizowane są na zabawkach i kawałkach sznurka, a nie na żywej myszy.

Zachowania kotki są także wzorcem komu można (lub nie) ufać. Jeżeli kotka obdarza ludzi pełnym zaufaniem, jej potomstwo także będzie miało to zaufanie wpojone od dziecka. To samo dotyczy kontaktów z innymi zwierzętami, np. z psami. Kotka, która żyje z nimi na bakier, wpoi lęk także kociakom, które będą przed psem uciekały. Jeśli w nowym domu przyjdzie im mieszkać z tym zwierzęciem, wzajemne zapoznanie i oswojenie się potrwa dłużej, niż jakby kocia mama była spoufalona z psem i tego nauczyła swoje dzieci.

Ważną rolę w życiu kociaka odgrywają inne kocięta. To na nich mały kot trenuje siłę i działanie swoich zębów oraz pazurów. Podczas zabaw uczy się, który atak jest jeszcze zabawą, a który już jest zbyt agresywny. Poznaje także zachowania innych kotów – ich postawę ciała, wydawane dźwięki. W ten sposób wie, jak komunikować się z innymi kotami. Poznaje „koci język”.

Jeżeli kot pozbawiony jest towarzystwa matki i rodzeństwa wcześniej niż w 12. tygodniu życia (a zdarza się to na przykład gdy jest w schronisku i zostaje szybko adoptowany lub wcześnie opuszcza hodowlę), może mieć trudności z pełną socjalizacją. Ponieważ brakuje mu matki, będącej najpewniejszym wzorcem wszystkich zachowań, musi uczyć się sam. Oczywiście człowiek nie zastąpi kotki w pełni, ale może pomóc kotu nabyć pewne kocie zachowania i nauczyć go, jak żyć między ludźmi. W przypadku kontaktu z innymi kotami, oswojenie potrwa dłużej niż jakby kot przebywał z rodzeństwem – przecież nie miał okazji nauczyć się „kociej komunikacji”.




Jak socjalizować swojego kociaka?
Mów do niego. Poznanie głosu człowieka to bardzo ważna sprawa dla małego kotka. Im częściej będziesz do niego mówić, tym szybciej i lepiej nauczy się rozumieć Twoje intencje i emocje. Oczywiście, kot nie będzie rozumiał Twoich słów, ale bez problemu nauczy się rozpoznawać czy jesteś na niego zły, czy może zapraszasz go do zabawy. Ponadto zacznie rozróżniać Ciebie spośród innych ludzi.
Głaszcz go. Dotyk człowieka jest dla kociaka ważny z wielu względów. Przede wszystkim uczy zwierzę, że człowiek jest dobry i nie zrobi mu krzywdy (nie tylko konkretnie Ty, ale wszyscy ludzie także). Przywodzi kotu na myśl błogie wspomnienia, gdy był kociątkiem lizanym przez mamę. Poza tym nauczy się Twojego zapachu, aby później również mu się mile kojarzył.
Dotykaj uszu, ogona, łap, oglądaj zęby. Podczas codziennej dawki pieszczot nie zapominaj o pogłaskaniu tych części ciała. To w przyszłości ułatwi badania lekarskie, ponieważ kot będzie przyzwyczajony do ludzkiego dotyku w innych miejscach niż grzbiet i pod brodą, więc oszczędzi weterynarzowi swoich zębów i pazurów.
Reaguj w porę. Nawet jeśli okażesz kotu swoją dezaprobatę dla popełnionego czynu, a będzie to pół godziny później, kot nie będzie już pamiętał co zrobił i co Ci w ogóle chodzi. Lepiej nie zareagować w ogóle niż wyładować złość (słownie!) na zdezorientowanym kocie, bo on i tak nie powiąże kary z „przestępstwem”.
To samo dotyczy nagradzania – także reaguj w porę, aby kot poczuł się wyróżniony za coś, co zrobił dobrze. Na przykład głośno go pochwal, że skorzystał z kuwety – od razu, a nie po godzinie. Inaczej kotu będzie miło, że go chwalisz, ale z kuwetą tego nie skojarzy. Nagrody i kary są efektywne tylko wtedy, gdy są stosowane od razu.

Artykuł ze Świata Kotów

niedziela, 6 stycznia 2013

Po co mi kot w mieszkaniu




Kot w mieszkaniu się nudzi

Nie łapie myszy. Nie łapie szczurów. Nie poluje. Nie łazi po drzewach. Tak naprawdę to nie ma nic do roboty. Kot w mieszkaniu jest całkowicie zbędny.


Jest on również zbędny w domu, w ogródku, w sadzie, na dachu, bo wtedy, co on mnie właściwie obchodzi.

Kot w mieszkaniu łazi sobie, łapie papierki, drapie meble, sika na buty, przeciąga się, przewraca za boku na bok, patrzy przez okno, włazi na stół i wyjada z talerza. Kot w mieszkaniu skacze po dywanie, śpi w umywalce i na sedesie, nie można wtedy umyć zębów, ani zrobić siku. Kot w mieszkaniu karze odkręcić kran w wannie i pije wodę, gdy tylko ma ochotę. Kot w mieszkaniu wcześnie wstaje, włazi do łóżka jest głodny i niezadowolony. Nie można wtedy spać. Kot w mieszkaniu jest całkowicie bezużyteczny.






Kot w mieszkaniu bywa sam i może stać się niebezpieczny. Nie wiadomo przecież, co wtedy robi. Może odkręcić gaz lub zaprosić znajomych, zadzwonić do Kanady, zalać mieszkanie, zrobić kupę do doniczki, zrzucić książki, upić się, zamalować ulubiony obraz, spryskać się perfumami. Nigdy, przenigdy nie wiadomo, co może zrobić kot sam w pustym mieszkaniu. Nie można mu ufać. Kot w mieszkaniu jest bardzo wygodny. Leży na kanapie, mruczy sobie i patrzy, patrzy, patrzy, wodzi wzrokiem, a potem zamyka oczy i sobie nie wiadomo, co wyobraża. Kot w mieszkaniu dużo myśli, duma, kombinuje, nigdy nie można być pewnym, co z tego wyniknie. A gdy nie można być pewnym, co wynika z takiego myślenia trzeba się na wszelki wypadek bać.







Kot w mieszkaniu jest nie wiem, po co.

Dwa koty to już zupełnie inna historia, bez dwóch kotów w mieszkaniu nie mogę żyć.





Artykuł z  www.badzpiekna.pl